poniedziałek, 29 sierpnia 2016

Rozdział 10

~~~~~~Violetta~~~~~


Kolejny dzień zaczął się tak samo. Zwlokłam się z łóżka po 11:00. Zjadłam śniadanie, o ile w ogóle kawałek sera i szklankę mleka można uznać za śniadanie. Ubrałam się i usiadłam na sofie w salonie. Chwilami mam dosyć tej monotonii ale przecież i tak nie mam nic konkretnego do roboty. Zegar wskazywał godzinę 13:00 kiedy zadzwonił mój telefon.

-Halo?
-Cześć Violu.
-Oliver? Coś się stało ,że dzwonisz?
-Proszę cię, przyjedź jak najszybciej.
-Coś nie tak z mamą?
-Ona nie najlepiej się czuje. Przyjedź szybko.
-Dobrze, postaram się. 

Rozłączyłam się. Szybko wzięłam torebkę ,która leżała na szafce w przedpokoju, schowałam do niej telefon, i portfel. Wyszłam czym prędzej z domu żeby złapać jakiś autobus. W ostateczności zadzwoniłam jednak po taksówkę bo najszybszy odjeżdża dopiero za pół godziny. Siedząc w aucie rozmyślałam nad tym co mogło się stać. W głosie Olivera wyraźnie wyczułam zaniepokojenie. Cztery miesiące temu wykryto u mojej mamy nowotwór złośliwy mózgu. Nie byłam tym aż tak bardzo zmartwiona gdyż dotychczas miała zapewnioną terapię w świetnej klinice za miastem. Telefon od Olivera musiał zwiastować ,że z mamą dzieje się coś niedobrego. Samochód w końcu zatrzymał się przed moim rodzinnym domem. Wspomnienia wróciły. Wierzba, pod którą lubiłam czytać, stary garaż gdzie siedziałam i patrzyłam jak tata naprawia samochód. No i ta ławka na werandzie z której zbieraliśmy pijanego ojca żeby sąsiedzi nie widzieli. Podeszłam do drzwi. Zastukałam i niemal natychmiast otworzył mi Oliver. Tak, jakby czekał na mnie pod drzwiami.
-Witaj Violu - powiedział.
-Oliverze coś się stało ,że dzwoniłeś? - spytałam już od progu - Coś z mamą?
-Wejdź - weszłam do przedpokoju i zdjęłam płaszcz - Violu posłuchaj - zaczął.
Przez uchylone drzwi salonu zobaczyłam mamę leżąca na sofie. Oczy miała zamknięte. Przeraziłam się.
-Dlaczego nie jest w klinice? - pytałam po raz kolejny mu przerywając.
-Violetto dla twojej mamy nie było już ratunku. Lekarz powiedział ,że nie ma sensu dalej faszerować ją chemią bo to i tak nic już nie da. A twoja mama zażądała przeniesienia do domu. Powiedziała ,że nie chce umrzeć w czterech ścianach szpitala - starał się być opanowany ale w jego głosie wyraźnie było słychać ból - Kazała cię wezwać.
-Oliverze! Z kim rozmawiasz? - usłyszeliśmy głos z salonu. 
Spojrzałam na Olivera a potem uchyliłam drzwi bardziej.
-Mamo - podeszłam i uklękłam przy niej.
-Violetto cieszę się ,że jesteś - powiedziała uśmiechając się do mnie. 
Poczułam ucisk w sercu. Pewnie zaraz spyta o Leona. Muszę jej powiedzieć całą prawdę.
-Mamo, muszę ci coś wyznać - zaczęłam łamiącym się głośnym - Ja i Leon...
-Wiem wszystko, powiedział mi. Dzwoniłam do niego wcześniej - przerwała mi.
-Przepraszam - szepnęłam i spuściłam głowę.
-Nie przepraszaj. Masz szansę to naprawić - powiedziała słabo.
-Mamo nie. Już jest za późno - do oczu cisnęły mi się łzy. Złapałam ją za rękę.
-Córeczko kochasz go. Widzę. I on kocha ciebie. 
-Nie mamo, wybacz mi. Zawsze chciałam żebyś była ze mnie dumna - po policzkach zaczęły mi spływać łzy. Nie potrafiłam już tego kontrolować.
-Córciu - pogładziła mnie drugą ręką po policzku - Jestem z ciebie dumna. Zawsze byłaś i zawsze będziesz moją idealną córką. Moją Violettą.
-Mamo - ręka opadła jej bezwładnie na pościel. Z bladym uśmiechem na twarzy zamknęła oczy. 
Oliver siłą musiał mnie od niej odciągnąć. Nie chciałam puścić jej ręki. Wtuliłam się w niego a on pozwolił mi moczyć jego koszulkę.
-Nie płacz Violu, to jej nam nie wróci - starał się być silny ale widziałam jak łzy lecą mu ciurkiem.
Jedyna osoba ,która zawsze we mnie wierzyła ,która nigdy nie wypomniała mi moich błędów, właśnie odeszła. Na zawsze.

Dalej wszytko się działo jak przez mgłę. Siedziałam w kuchni nad już trzecią herbatą uspokajającą. Łzy spływały mi prosto do kubka. Wystarczyło kilka minut a w domu pojawili się lekarze i jacyś mężczyźni w ciemnych garniturach ,którzy zabrali ciało mamy. Oliver wszystkim się zajął. Ja nie mogłam na to patrzeć. Zaproponował mi żebym została na noc. Zgodziłam się bo wiedziałam ,że jak tylko wrócę do domu to pierwsze co,sięgnę po alkohol. A nie chciałam w ten sposób pożegnać mamy. Wieczorem otworzyłam drzwi mojej starej sypialni ale po chwili zamknęłam je z trzaskiem. Spędziłam tam najmilsze chwile z mamą. Gdybym miała tam spędzić noc to wspomnienia chyba by mnie zalały i utopiłabym się we własnych łzach. Zajęłam więc pokój gościnny. Miałam wrażenie ,że te granatowe ściany ,które mnie otaczały zaraz spadną na mnie. Wierciłam się w tym łóżku i płakałam żałośnie. Nikt mnie nie słyszał. Czułam się taka samotna. W końcu zasnęłam zmęczona płaczem.

W następnym rozdziale... 

-Coś się stało?...
-Mama Violetty nie żyje...

***

-Mogę? - wskazałem miejsce obok niej. Prawie niezauważalnie pokiwała głową.
Usiadłem. Przyglądałem się starej wiśni ,która już prawie zrzuciła swoje liście....

***

31 sierpnia, godzina 13:00

niedziela, 28 sierpnia 2016

Rozdział 9

~~~~~Leon~~~~~


Poniedziałek równa się praca. Znowu musiałem fatygować Francescę. Oczywiście ona utrzymuje ,że bardzo chętnie zajmie się Mel pod moją nieobecność ale wiem ,że to tylko takie gadanie. Ona mi nie odmówi ale na pewno chciałby przez ten czas zrobić coś dla siebie. Chyba powianiem pomyśleć nad zatrudnieniem jakiejś niani. Nie jestem pewny tylko czy będzie mnie na to stać. Kolejna podróż autobusem. Ale tym razem z uśmiechem na ustach bo moje autko jutro będzie do odbioru. Przekroczyłem w końcu próg dużego biurowca. Wjechałem windą na piąte piętro. Uśmiechnąłem się promiennie do recepcjonistki i dziarskim krokiem wszedłem do pokoju w ,którym stały trzy biurka, w tym moje. Usiadłem i z ochotą zabrałem się do pracy. Właściwie nie wiem co działało tak na mój dobry humor. Świadomość ,że koniec z dojeżdżaniem do pracy strasznie zatłoczonymi autobusami czy też może ktoś jakimś cudem dosypał mi czegoś do kawy. Minęły trzy godziny siedzenia przy papierkowej robicie i w końcu nadszedł czas na przerwę. Postanowiłem skoczyć do cukierni po drugiej stronie ulicy i kupić sobie jakąś drożdżówkę bo chodziła ona za mną już od wczoraj. Przeszedłem przez ulicę i udałem się do cukierni. Kupiłem moją wymarzoną drożdżówkę i wyszedłem ze sklepu. Minąłem się z jakąś blondynką ,która wydała mi się dziwnie znajoma. Odwróciłem się i zawołałem.
-Ludmiła?
Obróciła głowę i uśmiechnęła się szeroko.
.-Leon? - spytała podchodząc do mnie -Wieki cię nie widziałam
-Sporo czasu minęło, miło cię znów zobaczyć.
-Ciebie również. Gdzie się podziewałeś przez te lata? - spytałem.
-To chyba raczej ty gdzie byłaś. Nie widziałem cię od zakończenia liceum. Ja mieszkam tutaj cały czas.
-Studiowałam w Madrycie, a teraz pół roku temu przeniosłam się tutaj. Dużo czasu mieszkałam u rodziców. To tutaj niedaleko, kilka kilometrów za miastem - wytłumaczyła nadal się uśmiechając. Mnie też uśmiech nie schodził z twarzy ale przypomniałem sobie ,że muszę zaraz wracać do pracy.
-Słuchaj świetnie było cię spotkać ale muszę wracać do biura. Może umówimy się na kawę za parę godzin? Tak o 16:30 jak skończę pracę - zaproponowałem.
-Świetny pomysł - ucieszyła się blondynka i wymieniliśmy się numerami - To zadzwoń jeszcze gdzie dokładnie.
-Nie ma sprawy - pomachałem jej na pożegnanie i wróciłem do biura.

Od tego momentu odliczałem minuty do końca pracy. Cieszyłem się na spotkanie z Ludmiłą. Wszystkie znajomości ,które miałem w liceum jakoś tak wygasły i miło było spotkać kogoś ze szkoły. W końcu nadeszła upragniona chwila i wyrwałem się z biura. Oczywiście zadzwoniłem do blondynki i umówiliśmy się w kawiarni niedaleko. Wysłałem jeszcze SMS-a Francesce ,że będę później. 

-Opowiadaj co u ciebie - powiedziała Ludmiła kiedy siedzieliśmy już w kawiarni.
-Nie ma nic ciekawego do opowiadania - powiedziałem smętnie a przez głowę przeleciały mi ostatnie lata mojego życia. Najgorsze i najlepsze zarazem. 
-Och nie bądź taki skromny, na pewno zrobiłeś wiele rzeczy przez te kilka lat - uśmiechnęła się blondynka.
-A ty, pracujesz gdzieś? - zagadnąłem.
-Tak, w szkole muzycznej. Studio 21 kojarzysz? 
-Tak, bardzo prestiżowe miejsce.
-A jak twoje sprawy sercowe? Nadal jesteś z Violettą? - spytała. Tego pytania się bałem. Violettę poznałem kiedy zacząłem chodzić do liceum. Nie chodziła jednak do tej samej szkoły co ja ale jakoś udało nam się tworzyć związek. Dużo opowiadałem Ludmile o niej choć one osobiście się nie poznały.
-Rozstaliśmy się ale może o tym nie mówmy - starałem się do niej uśmiechnąć - A ty, masz kogoś?
-Teraz nie. Byłam niedawno w związku ale to nie było nic poważnego - westchnęła - Utrzymujesz kontakty z czasów liceum?
-Szczerze mówiąc to nie - odpowiedziałem -  No z Violettą trochę - dodałem niechętnie.
Rozmawiało nam się bardzo miło. Zapomniałem całkowicie o Fran ,która jest skazana na pilnowanie Mel dłużej niż pewnie planowała. W końcu Ludmiła wstała i oświadczyła ,że musi już iść ale ma nadzieję ,że spotkamy się niedługo. Po opuszczeniu kawiarni z przerażeniem odkryłem ,że dochodzi pół do dziewiętnastej. Popędziłem czym prędzej na przystanek i złapałem ostatni już dzisiaj autobus. 

-Fran najmocniej cię przepraszam - wpadłem do domu.
-Nie musisz za nic przepraszać po prostu siedź cicho bo Melanie zasnęła - przyłożyła palec do ust.
-Spotkałem starą znajomą i trochę się zagadaliśmy - zacząłem się tłumaczyć a ona na słowa "stara znajoma" spojrzała na mnie podejrzliwie.
-Znam ją? 
-Ludmiła Ferro, nie znasz. Chodziła ze mną do liceum.
-Mhm - mruknęła i odwróciła się idąc do kuchni - Zaparzyłam ci herbatę.
-Dzięki - usiadłem przy kuchennym stole a ona podała mi kubek - Jesteś wielka.
Nalała sobie herbaty i usiadła naprzeciw mnie i przeglądała mi się badawczo.
-Mam coś na twarzy? - spytałem zdziwiony.
Spuściła wzrok i upiła łyk swojej herbaty.
-Co tam w pracy? - spytała lekkim tonem nadal patrząc na mnie dziwnie.
-W porządku - odparłem.
-A gdzie spotkałeś tę Ludmiłę? - zapytała. Aaa, więc o to jej chodzi.
-Koło cukierni - wyznałem zgodnie z prawdą. 
Nie odezwała się już więcej na ten temat.
-Fran, obiecuje ,że zatrudnię niedługo jakąś nianię. Jeszcze dwa tygodnie mam do wypłaty a potem kogoś znajdę - oświadczyłem.
-Leon, nie wygłupiaj się - powiedziała - Nie będziesz tracił pieniędzy na jakąś nianię ,która nie wiadomo jak by się zajmowała Mel. A po drugie mała będzie coraz większa i będzie potrzebowała coraz więcej rzeczy. Ubrań chociażby.
-Ale dużo już zrobiłaś dla nas. Nie chcę robić ci ciężaru.
-Och daj spokój - machnęła ręką - Dla mnie to żaden problem. I ani się warz zatrudnić jakąś niańkę bo osobiście pogonię ją miotłą.
Zaśmialiśmy się. To zdecydowanie rozładowało atmosferę. Rozmawialiśmy jeszcze chwilę a potem Fran pożegnała się ze mną i pojechała do domu. Ja też wziąłem prysznic, zerknąłem jeszcze do Mel i położyłem się spać.

W następnym rozdziale...
-Violu posłuchaj...
-Dlaczego nie jest w klinice...
***
-Wiem wszystko, powiedział mi. Dzwoniłam do niego wcześniej...
-Przepraszam...
-Nie przepraszaj. Masz szansę to naprawić...

29 sierpnia, godzina 13:00

piątek, 26 sierpnia 2016

Rozdział 8

~~~~~Violetta~~~~~



11:00. Ktoś puka do drzwi. Wstałam powoli z łóżka. Ostatnio większość mojego życia właśnie w nim spędzam. Zeszłam na dół zastanawiając się kto stoi za drzwiami. Jeżeli byłaby to Francesca to na pewno by nie pukała. W końcu ma przecież klucz. Być może to Leon chce zostawić małą. Otworzyłam a za drzwiami stał Diego.
-Cześć śliczna - powiedział opierając się o framugę.
-Diego co tu robisz? - spytałam patrząc na niego pustym wzrokiem. Wydawał się być czymś rozbawiony.
-Przyszedłem cię odwiedzić - rzekł i władował mi się do mieszkania - Nie cieszysz się?
-Chcesz coś do picia? - zaproponowałam ignorując jego pytanie.
-A coś mi proponujesz? - zaśmiał się. W co on gra?
-Woda, sok, kawa, herbata? - kiedy skończyłam wymieniać, zdałam sobie sprawę ,że nie mam ani kawy ani herbaty. Modliłam się aby wybrał albo wodę albo sok bo inaczej wyszłabym na kretynkę.
-Szklankę wody poproszę - oznajmił.
Odwróciłam się i wyciągnęłam szklankę z szafki. Zaczęłam nalewać wody mineralnej, kiedy poczułam ucisk na pośladkach. Wzdrygnęłam się i potrąciłam butelką szklankę ,która wylądowała na podłodze.
-Diego możesz mi powiedzieć co ty wyprawiasz? - zapytałam nadal stojąc do niego tyłem.
-A co, nie podoba ci się? - syknął mi do ucha - Ostatnim razem byłaś zachwycona.
Myślami wróciłam do tamtej feralnej imprezy ,która zaprowadziła mnie prosto do domu Leona.
-Byliśmy pijani - odparłam odwracając się i wymijając go.
-Tak sądzisz? - znowu pojawił się obok mnie - Wydaje mi się ,że ostatnio dość często jesteś pijana.
-Nic ci do tego - powiedziałam patrząc mu głęboko w oczy.
-A może jednak - to mówiąc wpił się w moje usta popychając mnie do ściany. Jego dłoń zjechała niżej na moje udo.
-Dość! - krzyknęłam odpychając go - Wyjdź z mojego domu - wskazałam na drzwi.
-Myślałem ,że po tym wszystkim co było w klubie, będziemy razem - powiedział nieco zdezorientowany.
-To źle myślałeś - powiedziałam przez zaciśnięte zęby nadal wskazując drzwi.
-Przemyśl to - rzekł puszczając do mnie oczko.
Stałam w przedpokoju dopóki nie usłyszałam dźwięku zamykanych drzwi. Wróciłam do kuchni. Szklanka leżała roztrzaskana na podłodze w kałuży wody. Uklęknęłam chcąc ostrożnie pozbierać szkło ale niestety jeden odłamek wbił mi się w palec co nie dość ,że wywołało ból to jeszcze krew zaczęła kapać na podłogę. Musiało trafić w jakieś bardzo ukrwione miejsce. Nie wiedziałam dokładnie co mam zrobić w tej sytuacji. Wzięłam szybko palec pod kran i ostrożnie drugą ręką wyjęłam odłamek. Krew lała się nadal. Nie przyszło mi do głowy żeby szukać plastra więc owinęłam zraniony palec w ręcznik papierowy. Posprzątałam zbitą szklankę do końca i wytarłam podłogę. Nagle przez głowę przemknęła mi myśl żeby odwiedzić rodziców. To znaczy mamę i ojczyma. Lubię Olivera i traktuję go jak prawdziwego ojca. Szybko jednak zrezygnowałam z tego pomysłu. Stwierdziłam ,że odwiedzę ich w przyszłym tygodniu. Z tego co wiem Oliver jest teraz w pracy więc i tak bym się z nim nie zobaczyła, a mama... No cóż. Musiałabym się tłumaczyć dlaczego nie ma ze mną Leona ani Mel. Do teraz nie wiem jakim cudem udało mi się ukryć przed nią całą prawdę. Ding, ding, ding. SMS. Oby nie był od Diego. Odblokowałam komórkę. Okazało się ,że to tylko jakaś wiadomość od operatora mojej sieci. Skasowałam nawet nie czytając. Ding, ding, ding. Kolejny SMS. Tym razem od Fran.

Od: Fran
Zaraz przyjadę do ciebie z Mel. Wstawaj. 

Do: Fran
Już wstałam.

Od: Fran
To dobrze. 

Kilka minut później Włoszka już była u mnie. W jednej ręce trzymała jakąś reklamówkę a w drugiej nosidełko.
-Weźmiesz ją? - podała mi dziecko - Przyjechałam ci trochę posprzątać bo pewnie jeszcze tego nie zrobiłaś - mruknęła.
-Co mam z nią zrobić?
-Najlepiej to nakarmić - odparła lekko Francesca - Zaraz przygotuję ci butelkę i dasz jej a ja w tym czasie posprzątam.
To mówiąc wpadła jak wiatr do kuchni i zaczęła przygotowywać mleko na dziewczynki. Następnie podała mi butelkę. Przez chwilę stałam nieruchomo.
-No na co czekasz. Ona jest głodna - oświadczyła.
Wiem ,że specjalnie to zrobiła. Przyjechała tu tylko po to aby zmusić mnie do opieki nad Melanie. A to sprzątanie to ściema. Poszłam razem z małą do salonu i usiadłam z nią na sofie. Patrzyła na mnie dziwnie a ja powoli wsunęłam jej do buzi butelkę. Dziewczynka zaczęła pić. Poczułam miłe ciepło gdzieś w środku. Coś we mnie krzyczało ,że kocham to dziecko i chciałabym je mieć przy sobie zawsze.

W następnym rozdziale... 

 -Wieki cię nie widziałam...
 -Sporo czasu minęło, miło cię znów zobaczyć...

***

28 sierpnia, godzina 13:00

czwartek, 25 sierpnia 2016

Rozdział 7

~~~~~Leon~~~~~



-Halo? Tak... Tak jeszcze w naprawie... No dobra... Za pół godziny... Jasne, dzięki... No... Na razie.
Telefon od Federico nieco mnie ucieszył bo w końcu mogłem wyrwać się z domu (oczywiście poza pracą) nawet jeśli chodziło tylko o rozliczenie się za spowodowanie stłuczki. Załapałam się na autobus i zawiozłem Mel do mojej mamy. Bardzo nalegała żebym przywiózł do niej małą i w tym tygodniu i nadarzyła się okazja. Mama czuła się już lepiej choć wątpię ,że kiedykolwiek odzyska dawne siły. Z domu moich rodziców miałem już całkiem niedaleko do kawiarni w ,której umówiłem się z Federico. Kiedy dotarłem na miejsce on już na mnie czekał. Szybko załatwiliśmy sprawę pieniędzy i rozmowa przeszła na inny tor. Dowiedziałem się ,że pracuje on w księgarni swojego ojca ale dorabia sobie, prywatnie ucząc gry na gitarze. Rozmawiało nam się całkiem nieźle i stwierdziłem ,że pewnie byłby z niego dobry kumpel. Nie miał on zbyt wiele czasu ale postanowiliśmy umówić się następnym razem na piwo. Godzinę potem byłem już u mojej mamy. Oczywiście zaproponowała mi herbatę i ciasto. Nie mogłem odmówić kawałka jej pysznego murzynka.
-Co u Violetty? - zapytała kiedy usiedliśmy w salonie.
-Po staremu - odparłem.
-Tęsknisz za nią prawda? - och błagam. Nie mam ochoty na sentymenty.
-Tak mamo, ale co z tego - powiedziałem krótko.
-Nie przekreślaj waszego związku...
-Ja go nie przekreślam. Violetta już to dawno zrobiła za mnie - stwierdziłem chcąc skończyć temat - A jak się czujesz?
-Trochę lepiej - powiedziała - Lekarz powiedział ,że mój stan jest jak na razie w porządku ale muszę brać regularnie lekarstwa.
-To dobrze. A tata kiedy wraca?
-Nie wiem czy w ogóle wróci w tym miesiącu. Po pierwsze jest jakiś problem i wszystkie samoloty do Buenos Aires zostały odwołane na najbliższe 3 tygodnie. A po drugie pracy mają w firmie coraz więcej - westchnęła - Tata sam ostatnio mówił ,że już ma dosyć spędzania prawie całego roku za granicą. I chyba pomyśli o jakiejś pracy tutaj w kraju.
Ojciec wyjechał kiedy miałem 10 lat. Od tego czasu przyjeżdża tylko na święta i na kilka tygodni w roku. Brakowało mi go czasami i choć spędzał ze mną dużo czasu kiedy przyjeżdżał to i tak było mi ciężko. W końcu więcej go nie było jak był.
-Myślisz ,że tutaj dostanie jakąś pracę?
-Mam nadzieję. Chciałabym mieć go tutaj przy sobie, tak jak było kiedyś - powiedziała uśmiechając się. Odwzajemniłem uśmiech. Wiedziałem ,że pewnie tęskni za tatą bardziej niż ja.
Po wypiciu herbaty i zjedzeniu dwóch albo trzech kawałków ciasta stwierdziłem ,że czas wracać do domu. Mama uparła się aby odwieźć mnie i Mel i nie było siły ,która by ją powstrzymała.
-Dzięki mamo, do zobaczenia - pokiwałem jej na pożegnanie.
-Do zobaczenia synku - powiedziała i odjechała z podjazdu.
Kiedy znalazłem się już w środku, położyłem Melkę spać bo dochodziła 15:00 czyli pora jej drzemki. Przechodząc korytarzem dojrzałem kilka kopert leżących na szafce w przedpokoju. Rachunki. Czas było je w końcu zapłacić. Uruchomiłem mojego laptopa i wszedłem na stronę mojego banku. Płacenie rachunków przez internet ostatnio weszło mi w nawyk. Tak jest o wiele szybciej i wygodniej. Prąd, woda, gaz, śmieci. Razem prawie jedna trzecia mojej miesięcznej pensji.  Może nie jest to aż tak dużo ale znowu nie jest to jakoś szczególnie mało. Zwłaszcza ,że praktycznie przebywam w tym domu sam. A jeszcze do zapłaty jest samochód i przede wszystkim jedzenie i inne potrzebne rzeczy.  Jutro znowu do pracy. Jak sobie o tym pomyślę to aż mnie głowa boli. Nie lubię tej pracy zwłaszcza ,że nie uczyłem się do takiego zawodu. Ale pieniądze jakoś trzeba zarobić, zwłaszcza ,że ma się malutkie dziecko.Uporałem się z tymi rachunkami i poczułem ogromne zmęczenie. Melka śpi. Ja też postanowiłem się chwilę zdrzemnąć. Położyłem się na sofie w salonie i nawet nie wiem kiedy, zasnąłem.

W następnym rozdziale... 

 -Chcesz coś do picia?...
-A coś mi proponujesz?...
-Woda, sok, kawa, herbata?...

***
-Dość!  Wyjdź z mojego domu... 

***

-Weźmiesz ją?...
-Co mam z nią zrobić?...
-Najlepiej to nakarmić...

***

26 sierpnia, godzina 13:00

środa, 24 sierpnia 2016

Rozdział 6,5

~~~~~Francesca~~~~~


Z jednej strony chciałam zostawić ją teraz samą bo wiedziałam ,że tego chce, ale z drugiej nie mogłam. Wstałam i po cichu weszłam na górę. Płacz dochodził z sypialni. Uchyliłam drzwi i wsunęłam się do środka. Violetta szlochała w poduszkę. Usiadłam obok. Nie byłam w stanie nic powiedzieć. To co mi wyznała musiało być dla niej naprawdę ciężkie skoro nikomu innemu tego nie powiedziała.
-Violu - zaczęłam ostrożnie - Nie płacz. To nic nie da.
-Skoro już płaczę to daj mi się wypłakać! - krzyknęła.
Poczułam ,że to odpowiednia chwila aby wyjść żeby jej nie denerwować. Przecież mogę do niej zajrzeć w każdej chwili. W końcu mam klucz. Już miałam wychodzić, kiedy Violetta się odezwała.
-Ale nie idź. Proszę - brzmiała jak małe dziecko. Dziecko pozbawione miłości.
Zawsze myślałam ,że ma dobre kontakty z rodzicami. Właściwie to za każdym razem jak u niej byłam to ojca nie było w domu. Ale z matką wydawało mi się ,że dobrze się dogadywała. Usiadłam z powrotem i postanowiłam poczekać aż się uspokoi. Płakała jeszcze dosyć długo ale nie dziwię jej się.
-Fran tylko proszę nie mów nikomu. Zwłaszcza Leonowi - wydusiła.
-Violu on powinien wiedzieć...
-Nie - przerwała mi stanowczo - Obiecaj ,że mu nie powiesz.
-Obiecuję - przytaknęłam a ona uśmiechnęła się przez łzy.

Będąc w drodze do domu, zadzwonił telefon. Nie chciałam odbierać bo akurat prowadziłam samochód więc postanowiłam oddzwonić po powrocie. Ktokolwiek próbował się ze mną skontaktować na pewno ma tyle czasu żeby poczekać. Po kilkunastu minutach byłam na miejscu. Weszłam do domu i rzuciłam torebkę na sofę. Wyciągnęłam komórkę. Jedno nieodebrane połączenie od Marco i jeden nieodebrany SMS również od niego.

Od: Marco
Kochanie, co powiesz na kolację dziś wieczorem? ❤

Uśmiechnęłam się po odczytaniu wiadomości. Postanowiłam oddzwonić.

-Cześć skarbie. Wybacz ale kierowałam i nie miałam jak odebrać.
-Nie szkodzi. Przeczytałaś wiadomość? Mogę cię porwać dziś wieczorem?
-Nie mam nic przeciwko. O której?
-20:00, przyjadę po ciebie.
-Dobrze, kocham cię do zobaczenia.
-Do zobaczenia słońce.

Marco i ja poznaliśmy się dwa lata temu we Włoszech. On był na wakacjach z kolegami zaś ja mieszkałam jeszcze wtedy z rodzicami. Niby wakacyjna miłość ale przetrwała. Marco mieszkał w Buenos Aires od urodzenia a ja przeprowadziłam się tutaj tego samego roku co się poznaliśmy, tyle ,że jesienią. Od tego czasu jesteśmy parą ale postanowiliśmy nie mieszkać razem. Jest dobrze tak jak jest. Spotykamy się często, rozmawiamy przez telefon, smsujemy. Najważniejsze jest to ,że bardzo się kochamy. Do wieczora miałam jeszcze naprawdę sporo czasu. Usiadłam przed laptopem i zaczęłam szukać jakichś dobrych książek. Ostatnimi czasy w ogóle nie miałam czasu na czytanie. Pora więc była to szybko nadrobić. Sprawdziłam listy największych bestsellerów i wybrałam trzy godne uwagi pozycje. Zamówiłam na stronie mojej ulubionej księgarni i postanowiłam ugotować coś do jedzenia. Po krótkich rozważaniach padło na risotto ,które naprawdę uwielbiam. Zrobiłam nieco więcej bo postanowiłam zawieźć trochę Violettcie. Często tak robię. Inaczej jadłaby tylko zupki z paczki i mrożone zapiekanki. Co raczej nie jest zbyt zdrowe. Po zjedzeniu posiłku usiadłam przed telewizorem i zaczęłam oglądać powtórki mojego ulubionego serialu. Nawet nie zauważyłam kiedy zrobiła się godzina 17:00. Chciałam jechać do Violetty jeszcze przed moim spotkaniem z Marco. Wzięłam kluczyki ze stolika i wcześniej przygotowany pojemniczek z risotto, a następnie ruszyłam do samochodu. Szczęście mi dopisało bo dojechałam szybko, omijając korki. Nie musiałam używać klucza bo drzwi były otwarte. Już w holu było czuć specyficzny zapach. Jakby się coś porządnie przypaliło. Weszłam do kuchni a tam na podłodze przypalony garnek a obok kałuża jakiejś białej cieczy. To było mleko ale po co ona grzała mleko? Garnek na podłodze ale gaz nadal był zapalony. Wyłączyłam więc szybko i skierowałam się do salonu. Widok ,który ujrzałam wcale mnie nie zdziwił. Jedynie zasmucił. Na stoliku stały dwie puste butelki jakiegoś taniego wina a obok kieliszek. Na sofie spała Violetta. Policzki miała mokre. Najwidoczniej płakała. Wzięłam butelki i wyrzuciłam do kosza. Otworzyłam okno w salonie i w kuchni aby przewietrzyć mieszkanie, Kieliszek umyłam i wstawiłam do szafki. Wytarłam podłogę a garnek musiałam wyrzucić bo za nic nie mogłam go domyć. Risotto wstawiłam do lodówki. Przed wyjściem nakryłam Violettę kocem i postawiłam kubek wody na stoliku obok. Potem opuściłam dom wcześniej zakluczając go bo pewnie ona już by tego nie zrobiła. Zegarek wskazywał godzinę 18:10. Tak naprawdę z biedą zdążyłam się wyszykować na randkę z Marco. Punkt 20:00 zadzwonił do drzwi.
-Pięknie wyglądasz - powiedział kiedy siedzieliśmy już w aucie.
-Dziękuję.
W końcu dojechaliśmy na miejsce.
-Na co masz ochotę? - spytał.
-Jeszcze nie wiem - odparłam przeglądając kartę dań - Może łososia gotowanego na parze z warzywami. Dawno nie jadłam.
-Wiesz ,że ja też? - uśmiechnął się Marco -A deser?
-No ja oczywiście tiramisu a ty?
-A ja może gruszkę w czekoladzie. Też powinnaś jej kiedyś spróbować.
-Może kiedy indziej - zaśmiałam się.
Po chwili podszedł do nas kelner i Marco złożył zamówienie.
-Po dzisiejszej kolacji mam nadzieję ,że zgodzisz się żebym porwał cię do siebie? - spytał.
-No nie wiem, nie wiem - powiedziałam zadziornie - Mam nadzieję ,że tylko na oglądanie filmu.
-Ależ tak - zapewnił śmiejąc się - Z efektami specjalnymi.
Oczywiście nie mogło być inaczej. Po kolacji trafiliśmy do mieszkania Marco. Już od progu zaczęliśmy się całować. Zsunęłam ze stóp buty i zrzuciłam swój cieniutki płaszcz na podłogę w holu. Nie trwało to długo kiedy znaleźliśmy się w sypialni Marco. Tam spędziliśmy ze sobą kolejną wspaniałą noc. Nigdy jednak nie pozwoliłabym na taką bliskość gdybym nie była pewna. A teraz jestem i wiem ,że to ten jedyny.

********************************************************************************

Cześć kochani!
Dzisiaj nieco inny rozdział bo z perspektywy Francesci. Jej perspektywa będzie się pojawiać właśnie w takich rozdziałach połówkowych ,że tak to ujmę. Stwierdziłam ,że pewnie część z was chciałaby poznać historie z innej strony a nie tylko z punktu widzenia Leona i Violetty. Jeżeli chcecie możecie czytać te połówki. Są one dla urozmaicenia historii.
Następny rozdział to siódemka z perspektywy naszego Leona?
Co się wydarzy?
Dowiecie się jutro :)